Pierwsza samotna podróż – Budapeszt cz. 1

Pierwsza samotna podróż – Budapeszt cz. 1

Witam wszystkich. Panie i Panowie oto Piotr Mirosław, wielki podróżnik, pogromca mórz, oceanów i powietrznych przestworzy rusza na podbój całego półwyspu bałkańskiego! A w planach: Węgry, Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, a może nawet Macedonia i Grecja! Na razie ma tylko bilet do Budapesztu i zarezerwowane dwa noclegi w hostelu, a co potem to SIĘ ZOBACZY!

Parlament w Budapeszcie
imponująca symetria!

No właśnie „się zobaczy”… Co się zobaczy, kiedy nie zarezerwowało się przejazdu w dalszą trasę do Opatiji na Chorwacji za zaledwie 90zł i na drugi dzień wymieniony wyżej przejazd znika… Co się zobaczy kiedy ukrainka jadąca do Mariboru podbija cenę przejazdu z 15€ do 30€…

Otóż zobaczy się chociaż ten Budapeszt!

No to jedziemy. Bilet kupiony tydzień przed wyjazdem za zaledwie 50zł! Z samego Jaszczymbia aż na Węgry! Cóż za okazja! Dwa noclegi w hostelu tylko 100zł z wliczonym do tego śniadaniem! Może zamiast przedstawić się jako „wielki podróżnik”, powinienem mianować się „łowcą okazji”, bo to pierwsze jakoś niespecjalnie mi wyszło…

Entuzjazm jaki był we mnie na początku zniknął jak księżyc na niebie po nieprzespanej nocy w autobusie, czy zjedzona na śniadanie pierwszego dnia pizza. Po przejściu 6-7 kilometrowej trasy do hostelu z 12-kilogramowym plecakiem na plecach nie miałem absolutnie żadnej ochoty na zwiedzanie tego ogromnego i chaotycznego miasta.

„Ogromnego miasta? To Ty chyba w dużym mieście nie byłeś!”

No powiedzcie, czy nie ogromne?

Może i nie byłem, ale mam go już serdecznie dość. Jestem jak w piosence Dawida Podsiadło – Małomiasteczkowy… Do hostelu docieram o 9. Zameldowanie dopiero od 9, ale pozwalają mi zostawić bagaże. Jeszcze tylko chwila odpoczynku na hostelowej kanapie i ruszamy na zwiedzanie Budapesztu.

Bez specjalnego planu zwiedzania docieram do brzegu Dunaju i widzę nareszcie te słynne zabytki tego miasta: Most łańcuchowy Istvana Szehenyiego, Pałac w Budzie, Góra Gellert.

Szybki skok przez most i jestem przy pałacu, potem baszta rybacka, kościół Macieja. No z pewnością jest tu duuuużo piękniej niż w Peszcie przez który dopiero co gnałem do hostelu… Są i krany z wodą którą mogę chociaż polać głowę, bo upał jest nieziemski. No to zaczyna mi się tu podobać! Przechodzę się po ogrodzie zamkowym i łapię jakieś darmowe wi-fi, żeby zobaczyć co tu jeszcze polecają odwiedzić.

Ruszam zobaczyć parlament w Budapeszcie, chyba najsłynniejszą budowlę w tym mieście. I to jest pierwszy budynek który tak bardzo mnie zachwyca. Nie spodziewałem się takiego kolosa. To co mnie zachwyciło najbardziej to chyba idealna symetria parlamentu (zboczenie umysłowe na punkcie matematyki). NIESAMOWITE! Przed parlamentem zauważam coś a’la mgiełkę a w niej tłum ludziów. Podchodzę bliżej a to tryskająca z ziemi woda, w której ludzie się chłodzą (przypominam jest cholernie gorąco).

Chmurka zniknęła 🙁

„Trzeba to nagrać!”. Włączam kamerę po czym chmurka znika… No cóż ani nie zdązyłem do niej wejść ani jej nagrać, no trudno.

W drodze powrotnej nad rzeką zauważam małe punkciki. Jak się okazuje to BUTY! Odlane z żelaza (albo stali) buty żydów zabijanych tu w czasie II wojny światowej, których ciała wpadły do Dunaju. Jakże wymowny to pomnik. Zatrzymuję się na chwilę i wstyd mi za ludzi, którzy do butów wrzucają co popadnie. Nawet śmieci… Nie szanuję takich, zwłaszcza, że śmietnik jest 3 metry dalej…

Wstyd, po prostu wstyd…

Patrzę na zegarek jest godzina 13:00 zbieram się do hostelu. W końcu będę mógł się zameldować i paść na łóżko.

Dostaję moje łóżko, kłódkę do szafki i powitalnego drinka. Pierwszy raz stołuję się w hostelu więc to dla mnie miłe zaskoczenie. Jestem strasznie zmęczony więc zaraz po położeniu się do łóżka zasypiam… Jednak nie na długo, bo po godzinie czy dwóch ktoś zbudził mnie trzęsąc moim legowiskiem (na jednym takim spało 8 osób, były one połączone sklejką, także jak ktoś się wiercił to trząsł całym łóżkiem).

Zbieram się bo szkoda dnia i ruszam na wyspę świętej Małgorzaty. Do samej wyspy nie docieram, bo łapie mnie deszcz, no i trochę błądzę. Pójdę tam jutro, w końcu mam dwa noclegi zarezerwowane. Skok do sklepu po piwo i wracamy do hostelu na półfinał Mistrzostw Świata w piłce nożnej.

Francja – Belgia. W duszy jestem za Belgią, ale nie okazuję tego bo to w końcu nie Polska, no i w hostelu większość osób okazuje się być francuzami, zatem w spokoju bez emocji oglądam jak Belgia przegrywa 0:1… Żal mi było tylko jednego siedzącego na sali belga, z którego francuzi po prostu się nabijali. Buraki… Kibic Czerwonych Diabłów na szczęście nie dał im się sprowokować. Po przegranym meczu trzasnął w stół i ostentacyjnie opuścił hostel… Zapewne, by schronić się w jakimś zacisznym barze i zapić smutki.

Wracam do pokoju. Jeszcze tylko szybki przegląd blablacar’a i flixbusa (żeby opuścić już to ogromne miasto) i można iść spać. Dobranoc.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *